Trudnych klientów dzielę na dwa rodzaje:

Fajnie trudnych – tych z większymi wyzwaniami, z którymi przyjemnie jest się uporać i mieć nie lada satysfakcję, że poszło, odblokowało się, puściło, przechodzimy na inny poziom, itd.

I tych niefajnie trudnych, z którymi praca (jeżeli w ogóle do niej dochodzi) wyżyma Cię z sił życiowych, a po sesji czujesz się rozjechana walcem.

Tych niefajnie trudnych w zasadzie już nie miewam, ale w przeszłości, owszem, zdarzali się. Musiałam sobie wtedy odpowiedzieć na pytanie, co dla mnie stanowi „niefajną trudność” i jakich klientów nie chcę przyciągać.

Dla mnie są to osoby na ten moment ich życia utknięte w roszczeniowości (wynikającej pewnie z poczucia własnej niemocy) i w kompletnym braku poczucia odpowiedzialności (pewnie wynikającym z tego samego).

W tym odcinku o tym, skąd niefajnie trudni klienci mogą brać się w naszej czasoprzestrzeni.